|  Zaloguj się
Tu jesteś   »   Forum   »   świętokrzyskie   »   Powiat kielecki   »   Strawczyn   »   Ile dzieci w rodzinie?


Ile dzieci w rodzinie?
Ostani post 25-02-2016 13:54:23 Anonimek. 0 Odpowiedzi.
Do druku
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Sortuj:

Autor Wiadomości Informative
Anonimek
Posts:263067
Anonimek

--
1 25-02-2016 13:54:23
  • Cytuj
  • Odpowiedz
~A.S. : "ile dzieci w rodzinie - pytanie czy problem?"

Ks. Krzysztof Sochacki (wikariusz w parafii WNP w Strawczynie) ma chyba jakiś problem poruszając na każdej mszy tylko jeden temat:
"więcej dzieci".
Po ostatnim jego kazaniu się nieco przeraziłam, bo rozmawiając później na ten temat z osobą znajomą, dowiedziałam się
że trzeba mieć conajmniej 5-cioro dzieci, żeby zasłużyć na uznanie księdza i nie czuć zakłopotania w jego obecności...

W mojej głowie kotłują się więc różne pytania. Każda krytyka jest dobra i powinna przynosić owoce, plony. Jednak
ostatnio temat ten jest poruszany w kościele chyba nazbyt często, aż do mdłości - pytanie - czy dlatego że nadal
bezskutecznie, czy faktycznie jest tak wiele par które nie chcą miec dzieci? (lub może nie mogą ale to już chyba inna sprawa...).
Czy może to (mało dyskretna zresztą) metoda na wyeliminowanie z kościoła kilku osób których ksiądz po prostu nie chce
widzieć na mszy? Bo jego zdaniem traktują życie jak zabawę, i gdy (jak to mówi często) "coś robią razem" to nie po to żeby były z tego dzieci,
tylko po to żeby się zabawić...
Przecież ludzie to istoty z natury inteligentne i wystarczy chyba raz, czy dwa powtórzyć jeden temat bez jego bezustannego maglowania aż do znudzenia.
Sądze, że człowiek jest na tyle mądry, że wyciągnie odpowiednie wnioski i będzie wiedział jak postąpić. Z drugiej strony, jeśli ktoś inny nie wyniesie
z tej nauki czegoś pożytecznego - to czy ma już do Kościoła nie chodzić? I nie z woli własnej tylko z woli księdza?
Lub chodzić do innego kościoła, w innej parafii?
Czy ksiądz naprawdę jest przekonany że ludzie są tak głupi i trzeba powtarzać im coś wielokrotnie, bo inaczej nie zrozumieją?
Przecież to istoty stworzone na podobieństwo Pana Boga - czy zatem obrażając ich, nie obraża ksiądz czasem Pana Boga...?

Z drugiej strony - dlaczego księża mają sprzeczne poglądy? Przecież kościół jest jeden (mówimy oczywiście o kościele katolickim)?
Jeden ksiądz twierdzi, że to nie fair gdy ktoś chodzi do kościoła tylko od święta.
A drugi mówi o tym, że Kościół będzie eliminował osoby, które nie spełniają niektórych kanonów kościoła - m.in. (jak sam wymieniał
ks. Sochacki) - par bezdzietnych, rozwodników... (Mogłabym tu przytoczyć fragment pisma św. ale zostawię to na koniec treści).
Swoją drogą to nie jestem zwolenniczką rozwodów ani bezdzietności - chociaż w różnych sytuacjach różnie można to interpretować, nie każdemu
w życiu układa się tak że ma szczęśliwą i kochającą rodzinkę bez problemów, ale jednak sama chcę decydować o tym ile dzieci będę miała,
bez narzucania mi tej decyzji przez Kościół, rodziców czy kogokolwiek.

Z drugiej strony znam bardzo niewiele osób (może nawet żadnej) które deklarują że chciałyby mieć więcej niż 3...
Czy 2-3 dzieci to mało? Czy mamy aż taki niż demograficzny? I - pytanie podstawowe - z czego on wynika - czy we wcześniejszych pokoleniach
rodziło się mniej dzieci (z historii i z danych statystycznych wynika że to zjawisko ma miejsce raczej teraz) czy może z tego,
że wielu ludzi wyemigrowało do innych krajów i tam pozostali, tam też pracują, zakładają rodziny - a na emerytów w Polsce nie ma kto pracować
(lub nie będzie miał pracować - bo coraz mniej rodzi się dzieci, a te ktore są - gdy dorosną, wyjeżdżają). Więc dlaczego tyle osób emigruje?
Z naszej gminy przenosza się do Kielc, z Kielc do większych polskich miast, z większych miast Polski do innych krajów... I tam pozostają.
Zwykle na zawsze. Kto za to odpowiada?

Może rodzice, bo mieli za dużo dzieci i nie zdążyli wpoić im ważnych wartości, które pozwoliłyby ich dzieciom lepiej zrozumieć
świat, ludzi i to, co w życiu jest naprawdę ważne. Więc kolejne pokolenie postanowilo mieć mniej dzieci, żeby zdążyć je odpowiednio wychować...

Może nauczyciele - bo byli za mało kreatywni w nauczaniu swoich podopiecznych, i zamiast uczyć młode pokolenie jak "wypchnąć" własny kraj
ku rozwojowi - wybrali uświadamianie im, jaki ten kraj jest szary, brudny i bezwartościowy, a za to jak inne kraje są wspaniale rozwinięte i kwitnące...

Może księża, którzy zabierają głos w niewłaściwym momencie i miejscu... Którzy wydają się być w niewłaściwym miejscu i czasie...
Bo osoba ktora jest na właściwym miejscu - wydaje mi się że mówi (przemawia), a nie brzdąka... Że to co mówi - jest odbierane przez społeczeństwo
w prawidłowy sposób i prędzej czy później znajdzie swoich odpowiedników, i to w dużej mierze - tak jak ziarno zasiane w ziemi - w końcu wyrośnie.
Natomiast "brzdąkanie" podczas kazania - to czas stracony, bo to tak naprawdę symbol ziarna rzuconego na skałę - i tak nic z niego nie wyrośnie,
prędzej wypali je słońce.
A przecież to ludzie słuchają i ten który mówi, powinien ważyć słowa i sposób ich wypowiadania...

A może społeczeństwo o staroświeckich poglądach - które szkaluje osoby postawione na wysokich stanowiskach, za to
że próbują coś zrobić dla naszej gminy, dla naszego regionu, dla kraju (prosty przykład - wójt gm. Strawczyn - najpierw krytykowano go za to,
że za dużo robi dla Strawczynka - bo zapewne dlatego, że tam mieszka a nie dlatego że istniejąca zabudowa i dostępne dla gminy działki
spowodowały, że sporo ważnych obiektów powstało właśnie w Strawczynku a nie w Strawczynie - choć to i tak bliżej Strawczyna niż domu p. wójta więc tym bardziej
nie rozumiem interpretacji niektórych komentarzy. W dalszej kolejności były pretensje o to, że na ul. Szkolnej położono kostkę granitową za 400 tys.
i mnóstwo niesłusznych interpretacji, że to dlatego że córka wójta ma tam działkę - a przecież ul. Szkolna jest w Strawczynie i nie tylko
córka wójta ma tam działkę, jest też tam poczta, co niektórzy tam mieszkają - i skoro nie ul. Szkolna - to która właściwie ulica
miałaby być wyłożona kostką granitową? Może Żeromskiego? Albo Ogrodowa? To o jakich kosztach byśmy wówczas rozmawiali bo chyba większych niż 400 tys....
Więc znowu pytam, o co chodzi? I co tak właściwie wam przeszkadza? Że nie w Strawczynie czy ze w Strawczynie...? Może to przez takie właśnie społeczeństwo
(i ich brzdąkanie o niczym) wiele fajnych, mądrych osób emigruje, tłumacząc oficjalnie że to nie ich poziom życia... Że bieda w kraju.
Wydaje mi się ze nie chodzi tylko o ekonomiczną biedę. Również duchową. Bo takie szkalowanie to już nie nawet zazdrość czy złośliwość - to ubóstwo.
Duchowe.


No dobrze, wracając jednak do głównego tematu - załóżmy jednak, że znaczna część kobiet (np. 1/3) zmienia swoje poglądy i przystaje na to żeby jednak mieć
więcej dzieci (pewnie tak by to wyglądalo "no to chodźcie kobiety, zorganizujmy się jakoś i tak... ty masz 2 dzieci, no to jeszcze trójka ci została żeby
urodzić - dasz radę? -dam - No to dalej, tak zebyś zdążyła przed 50-tką... Następna - Ty - nie masz jeszcze zadnego
- no to postaraj się i najlepiej jakby to od razu bliźniaki albo trojaczki były, wiesz, będzie szybciej, im więcej dzieci tym lepiej.
Co tam twoja praca, twoje zainteresowania, hobby i twój czas wolny - nie musisz wygladać dobrze, nie musisz już nic - masz przecież już męża, rodzinę
to po co ci czas na inne sprawy, teraz dzieci najważniejsze, a co tam że przy piątce dzieci to i z domu wyjść już nie będziesz
mogła po zakupy nawet, lub ci pieniędzy na nie nie starczy..."

Dzieci dorastają, idą do przedszkoli, szkół, na studia i do pracy.... I wyjeżdżają. Znowu.
I dalej jest pewien odsetek, który z jakichś powodów będzie chciał wyemigrowac i nigdy nie wracać do kraju. Właściwie dlaczego? Bo znowu za dużo dzieci
było w rodzinie i nie starczało wszystkim na zabawki, więc kilka z nich postanowiło że jak dorosną to poszukają lepszego jutra, żeby wszystkie ich dzieci
mogły mieć zabawki?
Właściwie to dlaczego tak mamy robić? Dlaczego tym dzieciom nie kupowano gorszych, tańszych zabawek - ale wówczas starczałoby dla wszystkich dzieci?
Bo wolimy lepsze życie, lepsze markowe rzeczy? Więc po co nam więcej dzieci, skoro nie wszystkie możemy utrzymać? To tak jakbyśmy gotowali obiad
dla dzieci i, mając 3 dzieci (czyli 5-osobowa rodzina) rozłożyli tylko 4 talerze - "na kogo dziś wypada kolej żeby nie zjadł obiadu, ten nie siada do
stołu".
Ale też i z innych powodów nie wszyscy potrafią doceniać tego co mają i zawsze jakiś procent populacji widzi, że gdzieś poza domem jest
lepiej niż w domu? Oczywiście można to tłumaczyć rożnie (wyjechałem, bo się zakochałem, i u żony zostałem lub wyjechałam
choć w domu dobrze miałam ale nie tego szukałam...).

Moje zdanie jest takie, że to przede wszystkim rodzice, a w dalszej kolejności dziadkowie, nauczyciele, profesorowie
no i księża, oraz wszystkie osoby które "prowadziły lub prowadzą" nas przez życie na poszczególnych etapach życia, odpowiadają za nas, za przyszłe pokolenia.
Odpowiadają za to, kim stajemy się w przyszłości, jak przeżywamy swoje życie i jak później też wychowujemy własne dzieci (i ile ich mamy też...).


Wracając do coniedzielnych kazań w kościele WNP, co niektórzy mogliby insynuować iż fakt poruszania niemal na każdej mszy tylko i wyłącznie tego jednego tematu
(czyt. "miej dużo dzieci") wynika z tego, iż ksiądz sam pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest to rodzaj jakiejś solidaryzacji z rodzinami
wielodzietnymi, ku ich lepszemu samopoczuciu (bo zapewne w społeczeństwie w którym panuje model 2+2 i 2+1 czują się dziś
jako pewne "nieprawidłowości społeczeństwa"... - spokojnie, duże rodziny - teraz jest program +500 i KDR więc i wy macie lepiej, a przez to że jest was
więcej w rodzinie, wreszcie jedynacy wam zazdroszczą - oni czegoś takiego nie mają...).
Lub po prostu brak koncepcji na inny temat. Ale to już sprawa sfery duchowej osoby przemawiającej.

A tak poważnie to przecież każdy ma prawo żyć tak jak uważa. Żadne prawo nie narzuca ilości dzieci, czy w ogóle dzieci.
I nie można też wychodzić z założenia, że "jestem księdzem i to co mówię to święte, do tego się stosujcie bo jak nie to rózga od Pana Boga.
Albo wynocha z kościoła."

Nie chcę przez to powiedzieć, że można lub że nie trzeba mieć dzieci, ale to nie jest decyzja którą podejmuje się pod wpływem nacisku.
Ponieważ często efekt bywa też taki, że wiele mamy patologii w społeczeństwie - alkohol, pobicia - dzieci, żon i wielkie
nieszczęście i rozczarowanie - zwłaszcza tych małych niewinnych dzieciaków - czy takie dzieci chcemy oglądać w społeczeństwie - proszę sobie wyobrazić
mnóstwo małych dzieci w kościele, z których conajmniej 1/3 to dzieci z siniakami, wystraszone rozczarowane i które chciałyby zapytać
"o co chodzi? dlaczego dziecko obok mnie jest radosne, a ja chcę płakać...?" - Nie wydaje mi się.


I na koniec - choć nie czytam niestety zbyt często Pisma Świętego - ale jego fragment, Hymn do miłości (1 KOR 12, 31-13.8A)
- uważam za najfajniejszy i pozwolę przytoczyć sobie tu kilka z jego zdań:

Bracia: starajcie się o większe dary:
a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą.
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę, .
i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.

Mam nadzieję, że nie wprawiłam w zakłopotanie ks. Sochackiego (ani innych księży) - nie taki był zamiar tego artykułu - komentarza.
Mam po prostu nadzieję, że nie będzie ksiądz jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Ani też jak nic... zwiń


Szybka odppwiedź
toggle
  Użytkownik:
Temat:
Treść:
Kod bezpieczeństwa:
Obrazek CAPTCHA
Wprowadź kod z powyższego obrazka do pola poniżej:
(wielkość liter MA ZNACZENIE !!!)

Wyślij